wewnętrzny ekshibicjonizm.

Archiwum kategorii ‘ze środka.

z jednym komentarzem

Bo mnie to wcale nie bawi. Ten cały teatr, sztuka jednego aktora i miliona widzów. Widzów w skmce, widzów po drugiej stronie monitora, widzów na przystanku, w drodze do pracy gdy wyrywam dziadkowi Metro, widzów w pracy, na zapleczu, widzów gdy pokazuję przepustkę i wjeżdżam windą na trzecie piętro, gdzie czeka mnie godzina spokoju. Godzina błogiego spokoju, który czasem przedłużam o 15 minut, bo tak mi wtedy dobrze. Się wkurzam, rzucam posypkami, rzucam kluczem, który tylko jeden jest na osób kilka, się denerwuję wstając któryś raz z rzędu o szóstej, się denerwuję, ale wole o szóstej, niż po jedenastej, bo wtedy gorzej dzień płynie. Wszyscy bardziej patrzą, wszyscy więcej chcą, są bardziej niezadowoleni i ja sama taka się staję. Taka będę w piątek. “Przed klientami odgrywasz spektakl, scenę”. Odgrywam ten spektakl nie tylko przed widzami oczekującymi na zamówienie. Odgrywam swoją rolę również przed sobą, przed tymi milionami widzów, których mijam codziennie i którzy już skojarzywszy moją zawsze zacieszoną mordę z kolejki uśmiechają się. Wszyscy uśmiechają się fałszywie, nieco obłudnie, co czwarty może szczerze, a może wcale, bo po co. Za uśmiechami chowa się pustka, za uśmiechami chowa się nienawiść, żal, smutek, pretensje, za oczami chowa się strach poprzeplatany z dziwnym spokojem. Spać się chce i spać się nie chce, noce pod rząd zarywane, by móc osiągnać cel krótkotrwały, egzystencjalnie nudny, a jakże bardzo syzyfowy. Gdybym tylko taką pracę miała, byłabym szczęśliwa. Chcę odpocząć, odbudować swój środek, remont generalny zrobić, odświeżenie, wywietrzenie, ogarnąć graty, poustawiać w kąt, jeśli w ogóle obecne być muszą. Chcę na południe. Jakiś taki mój plan na życie najbliższe, na zajęcie sobie czasu, rąk, myśli tym co lubię, gdzieś indziej, z innymi zupełnie ludźmi, w innym klimacie, zarazem ciężko mi ruszyć stąd dupę, bo dobrze mi tu. Jakoś polubiłam to moje życie takie, jakim jest. Chcę je utrzymać. Żeby je utrzymać, muszę wstawać o szóstej i wracać po godzinie dziewiętnastej, wliczając wykłady, które i tak opuszczam bo “coś tam”, bo muszę powięcić się temu, co pozwala mi tu zostać kolejny miesiąc dłużej, a przez co potrafię nie spać do półtorej godziny po północy. Już nie powiewy, ale porywy samodzielności, która tak naprawdę sama w sobie samodzielna nie jest. Ale do cholery, kto jest samodzielny dwa miesiące po opuszczeniu cieplutkiego fotela domowego? Ja chciałam. Trochę się przeceniłam. W wielu sprawach trochę się przeceniłam, jednak na szczęście nie w tym, czemu oddaję się bez reszty i przez co jestem teraz tutaj i robię wszystko by tu pozostać. Niesprawiedliwe, że nie wszyscy muszą się o to martwić, ale chyba o to chodzi, chyba po to na próbę wystawiono niektórych, aby pokonali przeciwności. Naiwność? Nawet jeśli, to ją kocham. Nawet w nieśmiertelność bliźniaczych dusz znowu uwierzyłam. Nie jest więc źle. Odgrywam tą rolę i jakoś ten tępy wzrok widzów, śledzących każdy ruch, patrzących mi na ręce, nie niepokoi mnie. Czuję się jakoś bezpieczniej.

Written by moosiatko

listopad 19, 2008 at 12:34 am

Napisane w ze środka.